Jako melodyjkę budzika w telefonie zwykle ustawiam dźwięki których nie lubię. Wcześniej ustawiałem fajne kawałki lecz szybko przestawały być fajne, gdy co ranek przypominały, że pora już wstawać, nawet wtedy gdy budziły na wspin.
Własnie taki dźwięk wyrwał mnie o 1 w nocy ze snu. Kolejna brutalna pobudka przed wspinaniem. Zaplanowaliśmy wbić się do Moka i tam też kierujemy wodze naszego białego rumaka. Przed świtem dojeżdżamy na Palenicę Białczańską, tym razem wyjątkowo bez usterek i przygód. Dalej pomykamy już piechotą. Trasa biegnie bieżnią treningową dla koni, gdzie górale co dzień dbają o kondycję swoich zwierząt ku uciesze leniwych zadów. Jak zwykle idziemy szybko, a właściwie to Tomek cały czas dyktuje tempo z uwagi na zwiększone ciśnienie w jelicie grubym, do czego później się przyznał. Po dojściu do schronu rzut oka na zegarek i Tomek stwierdza, że udało się poprawić czas o 2 minuty do godziny i dziesięciu minut. Ja z uwagi na brak dopingu o minutę gorszy czas zanotowałem.
Wizyta w schronisku przebiega na poszukiwaniu sprawnych i wolnych grzejników tak, aby możliwe szybko wysuszyć przepocone rzeczy. Okupujemy suszarkę do butów i wcinamy śniadanie. W Między czasie okazało się, że Tomek zapomniał z auta zestawu obiadowo-śniadaniowego. Wyśmienitości pozostały w aucie, a na górze tylko suchy chleb. Po śniadaniu ruszamy na ścianę czołową Cubryny czyli Kazalnicę Cubryńską.

Rys. 1. Tomek prowadzi pierwszy wyciąg Momy na Kazalnicy Cubryńskiej.
Już we wtorek postanowiliśmy, że dobrze by było wbić się na coś trudniejszego. Wybór padł na Momę na Kazalnicy Cubryńskiej, jak nam się wydawało doskonały cel na czwartkowy wspin. Znaliśmy pierwsze 4 wyciągi, co miało znaczący wpływ na taktykę i tempo. No i nieznajomość reszty jakoś tak mobilizowała nas mocno. Zwłaszcza dlatego, że totalnie zignorowaliśmy tę drogę wbijając się na nią poprzednim razem po godzinie 10. Na mnie natomiast szczególnie mobilizująco działał wyciąg 5, gdzie przy zbliżającym się końcu dnia wycofałem się i zszedłem w dół uznając, że na pewno droga nie biegnie poprzez dziwną techniczną płytę przechodzącą w małe zacięcie. Jako że tego dnia w swej ignorancji zapomnieliśmy również schematu. Dopiero w schronisku okazało się, że droga jednak biegła tamtędy. Była to kolejna motywacja by na drogę wrócić możliwe szybko.

Rys. 2. Prowadzę wyciąg 4 na Momie.
Podobnie i teraz w drogę wbijaliśmy się późno, dopiero po 9. Zmieniliśmy taktykę, tym razem prowadzenie pierwszych wyciągów przypadło w udziale Tomkowi. Był to krok w dobrą stronę, bowiem Tomek niemalże przebiegł te 3 wyciągi. Pierwszy czyli trawkowe zacięcie na przełamaniu ścian przechodzące w komin.( Trudności zacięcia to ok. 5+) Drugi wyciąg - kominek oraz kładące się zacięcie na całe ciało. (Miejscem ok. 5) Trzeci krótki lecz z ładnym startem po technicznej płytce, ( ok 5+) również sprzedałem Tomkowi. Choć nie miał na niego zbyt wielkiej ochoty i on nie zabrał mu zbyt wiele czasu. Przed czwartym wyciągiem robimy zmiankę. Ciągowe zacięcie przechodzę ostrożnie i bez zbędnego stania (ok 6+). Po 3 godzinach z małym haczkiem stoimy na Galerii Cubryńskiej (chyba tak to się nazywa;-)) przed poletkiem pełnych trawek, gdzie na końcu czeka płytowe zaciątko na którym zeszłym razem dałem ciała. Jak sądziłem, miejsce to okazało się wcale nie takie trudne (ok. 5+/6). Szósty wyciąg to krótki trawers wyprowadzający pod właściwe trudności, (za ok 6). Także on nie sprawia nam kłopotu. Zabawnym, acz niebezpiecznym akcentem tego wyciągu jest przewinięcie się przez wystający telewizor, który niczym dziób sterczy z filara. Na ostatni kluczowy wyciąg zostaje nam ponad 2 godziny dnia. Przechodzę i ten wyciąg OS, niestety marnuję na niego godzinę i 50 minut. Choć techniczny, ładny i ciągowy, nie wart tyle czasu.(Ok 7+ a jeśli liczyć jakiś dodatek za ciąg może ew. 8) Wolne tempo na ostatnim wyciągu psuje nam czas na drodze i tak po zameldowaniu się Tomka na stanie mija 7 godzin i 45 minut od wbicia się w drogę. Już po ciemku zjazdami opuszczamy ścianę. W drugim zjeździe dostajemy klapsa od ściany. Ta bowiem nie chce nam oddać liny. Po półgodzinnej walce, linę udaje się nam ściągnąć i dalej już szybko kontynuujemy zjazdy.

Rys. 3. Końcówka podejścia pod Rysę Strzelskiego na Progu Dolinki za Mnichem
Wieczorem pozwalamy sobie na dłuższą regenerację i kolejnego dnia wstajemy późno, bowiem dopiero po 6 rano. Nie zbieramy się też spiesznie. Obaj stwierdzamy, że już nam się nie chce iść na nic trudnego, choć pierwotny plan zakładał kolejną ósemkę. Niemniej głód zmęczenia został zaspokojony.

Rys. 4. Rysa Strzelskiego - 3 wyciąg prowadzi Tomek
Jako cel obieramy Rysę Strzelskiego, zeszłoroczną zaległość, z której wycofaliśmy się, kiedy to trzeciego dnia wspinania zwyczajnie się już nam odechciało. Z uwagi na fakt, że cel łatwy i krótki decydujemy, że przynajmniej spróbujemy zrobić dobry czas. Pierwsze 2 wyciągi prowadzę ja, kolejne 3 Tomek i tak po 3 godzinach wspinania wychodzimy na próg Pleców Mnichowych. Drogę przechodzimy przy pełnej asekuracji stan-stan i bezpiecznych punktach. Jednogłośnie stwierdzamy, że w swoich trudnościach czyli jako droga za 4+ z fragmentem za 5+ jest to naprawdę godna plecenia super tura.

Rys. 5. Rysa Strzelskiego - 5 wyciąg Tomek.

Rys. 6. Widok na środek i koniec 2 wyciągu na Rysie Strzelskiego.
Dalej już tylko szarlotka na ciepło koniecznie z bitą śmietaną, jako nagroda, a zarazem i pocieszenie przed nudną ścieżyną w dół.
W kolejnych opowieściach dowiecie się:
Jak wyjechać z TANAP, gdy cieć zamknie szlaban na kłódkę? Dlaczego czasem warto podchodzić na kolanach pod ścianę? Jak na gównianym dopingu zrobić 7+ w Tatrach? Czy warto spawać dziaby? Oraz co to jest lichy stan?
Odpowiedzią na te i inne pytania, będzie podróż w czasie jako, że chęci do pisania relacji z wyjazdów nie równały się chęciom wspinania.
Pozdrowienia z sedesu z widokiem na szafę pełną szpeju.
maciek
| Następna > |
|---|












A teks Dobry
ale przede wszystkim fajne przejście ten Moma - gratulacje.
i czuje się zachęcony do Rysy Strzelskiego, trzeba będzie spróować.
Przypominam się przy okazji, iż czekam wciąż na prozę do biuletynu. Tekst jak wyżej też by był ... no, ale już poszedł w świat :-). Tak więc jeszcze jakieś posiedzonko na sedesie będzie potrzebne :-)