Jako, że w statucie Klubu pisze, iż zajmujemy się nie tylko wspinaczką, ale także szambonurstwem postanowiliśmy udowodnić, że nie są to tylko puste słowa. Jednak tak naprawdę głównym celem było sprawdzenie czy tytłanie się po norach jest przyjemne? Czy jest?, o tym później.
Na pierwszy strzał poszła Jaskinia Słowiańska-Drwali, największa w okolicy. Akcja trwała ok. 2 godziny. W tym czasie poznawaliśmy jej jakże liczne uroki, a na samym dnie dokonaliśmy wpisu do książki wejść. Co ciekawe oprócz tej książki była też mała flaszeczka wódki, jednak raczej nikt z nas się na tą ubłoconą ciecz nie skusił. Wielce ciekawe były wiszące u sufitu nietoperze, na które bardzo uważaliśmy, aby im nie przeszkadzać w dalszej hibernacji. Jako pierwszy zrezygnował Sury, który po ogólnym zwiedzeniu jaskini i dokonaniu wpisu wyszedł na górę stwierdzając, że jakoś go to nie rusza i nie wie, co tym szambonurom się tak podoba. Reszta dalej poznawała uroki tej dość pogmatwanej jaskini i co najważniejsze zaczęliśmy odnajdywać to, co jest takie fajne w szambonurstwie, a są to: zaciski. Tak dokładnie, intuicyjnie doszliśmy do tego, że to nam się właśnie najbardziej podoba, gdy ktoś przeszedł jakiś fajny fragment i relacjonował, że tam a tam jest fajne przejście przez zaciski reszta zaraz udawała się tam wianuszkiem, aby samemu to sprawdzić. Dlatego największą bodaj radość, przynajmniej mi sprawiło alternatywne, równoległe wyjście obok Studni Preszowskiej oraz Korytarz Naciekowy, ten ostatni niemal na pewno podobał się całej reszcie szczególnie wejście do niego, które było dość ciasne. Pod koniec chcieliśmy znaleźć alternatywne drugie wyjście jednak nie udało się go zlokalizować. Wobec tego znając całą jaskinię, przynajmniej tak nam się wydaje wyszliśmy na powierzchnię. Już na górze po małej konsumpcji znaleźliśmy drugie wejście do tejże jaskini. Niestety, aby nim wejść musiałem ściągnąć dwa polary, które miałem na sobie, bo w było tam bardzo (bardzo) małe przejście. Gdy tam już wszedłem no i oczywiście wyszedłem ponownie, ale już standardowym wyjściem okazało się, że jedyną osobą, która się po mnie przeciska, jest o dziwo Aśka, chłopakom na myśl, że mogą się zaklinować nagle przeszła ochota. Cóż jak pokaże dalsza cześć eksploracji nie był to jedyny moment, w którym się jeszcze tego dnia zdziwię i to porządnie.
Naszym następnym celem było znaleźć i wyeksplorowac Gangusiową Jamę lub Szczelinę Lipowicką, w trakcie poszukiwań przeszedłem ciekawą jaskinię nr 13 a gdy się z niej wytytłałem chłopaki zawołali, że mają coś fajnego, Było to wejście oznaczone symbolem podobnym do naszego balderowego SD i zamazanym numerem prawdopodobnie nr 4. Powiedzieli, że jest tam mała komnata a dalej wąska tuleja prowadząca dalej, ale tam nie wchodzili, bo psycha jeszcze nie ta, tuleja okazała się dość szeroka a za nią spora komnata z kilkoma korytarzami, oczywiście od razu ich zawołałem, żeby włazili, bo jest sporo miejsca. Pierwsza znów, o dziwo weszła Aśka pytając się wcześniej czy jest miejsce, dopiero po niej chłopaki (właściwie cześć chłopaków, bowiem Sury już się nie chciał tytłać a Edi oddał czołówkę Aśce i był uziemiony) Otóż nie tak od razu weszli musiałem wołać, że jest fajnie i żeby wchodzili, bo jest sporo miejsca do nawrócenia, jeszcze po drodze jak tuleją przeciskał się jako pierwszy Krzysiek, co najmniej 5 razy wołał czy dobrze idzie, tu dodać należy, że tuleja nie miała rozgałęzień i wiodła tylko do komnaty, w której czekałem z Aśką. W trakcie czekania na resztę spenetrowaliśmy z Aśką korytarze prowadzące z komnaty i znaleźliśmy świetny zacisk, który prowadził do kolejnej jeszcze większej sali, jednak aby się tam dostać trzeba było zdjąć kask i dość solidnie się przeciskać przez jakieś 2 metry, Jak już wlazłem do tej kolejnej sali od razu zawołałem resztę, wiedziałem że będę miał nie mały ubaw jak się będą przeciskać do mnie no i przynajmniej nie tylko ja będę musiał się męczyć w drugą stronę (haha) Jako pierwsza wcisnęła się, znów o dziwo Aśka, baba jak się później przekonałem z jajami (mam nadzieję że się nie obrazi) po niej jeszcze jakieś 15 minut słyszałem próby i postękiwania ale niestety już nikt do nas nie dołączył, Chyba tu już zakończę powoli aby nie przeciągać, chociaż dalsza zabawa dopiero się zaczęła bowiem im dalej wchodziliśmy w głąb jaskini tym mniejsze były sale (niektóre jak budy dla psa) a zacisków coraz więcej. Im dalej szliśmy tym coraz mniej zabawna stawała się myśl, że trzeba będzie się przeciskać z powrotem. Jednak jak się okazało, czekała nas nagroda, bowiem ciasna jaskinia nie była ślepa i miała po drugiej stronie wyjście. Była to wspaniała nagroda, jaskinia ta to kwintesencja tego, co może być w szambonurstwie fajne.
Największym chyba dla mnie szokiem było to, że za mną szła baba, która przelazła całą jaskinię, która nawet jak przeciskała się gdzieś 5 minut to nie narzekała nie panikowała i nie mówiła, że może zawrócimy i chyba tylko, dlatego przeszedłem całą tą jaskinie gdyby szedł za mną gość to pewnie odeszłaby mi ochota i byśmy zawrócili, a tu szok ja przełażę przez jakieś badziewie pewien, że no to pewnie już tu wymięknie, a ta: "którędy teraz?", mutant nie kobieta. Aśka moje uznanie, chyba muszę zrewidować przez ciebie moje poglądy o kobietach.
PS. Edi jak już teraz wiesz, że twoja żona jest terminatorem to nie noś jej plecaka, ale każ jeszcze nosić swój.
A zapomniałem odpowiedzieć na pytanie. Tak, moim zdaniem szambonurstwo jest fajne, jednak do wspinaczki się nie umywa, mimo to może być jej uzupełnieniem w brzydką pogodę.
PS2. Leszek dołącz proszę jakieś foty.
| < Poprzednia |
|---|








